Zakończenie z nadzieją

W Sylwestra można zrobić tak: machnąć na wszystko ręką, sięgnąć po kieliszek czegoś mocniejszego i dobitnie i oficjalnie uznać stary rok za stracony. Trochę to działa pozytywnie na duszę, bo wtedy człowiek łatwiej reaguje na nowy rok z entuzjazmem: skoro 2016 był do kitu, to 2017 prawdopodobnie gorszy nie będzie.

Można się też wysilić umysłowo i przez ostatnie kilka godzin tego roku znaleźć jak najwięcej pozytywnych zmian, które nam się przydarzyły. Nam – jako osobie, nam – jako krajowi, nam – jako światu. Wybór wedle uznania.

Wczorajsze pójście na zakupy zwróciło moją uwagę na zmiany, jakie dokonały się w ciągu ostatnich 2-2.5 roku na polskim rynku konsumenckim. Po wizycie w supermarkecie zdałam sobie sprawę, że różnorodność (oraz jakość!) dostępnych produktów jest oszałamiająca. Krewetki w sosie jogurtowym? Sznycle po cygańsku do odgrzania? Czekolada nadziewana piernikiem i śliwkami? Wszystko jest!

Ludzie narzekają na brak wolności, ale wolność konsumencka jest obecnie w Polsce na najwyższym poziomie.

Tyle by było, jeśli chodzi o supermarket. (Konkretnie: delikatesy Piotr i Paweł. To dobry sklep, a zmiany najlepiej podpatrywać u czołówki. Dzięki temu nadganiamy – i przemy wciąż do przodu).

Po wizycie w galerii (Toruń Plaza) wyciągnęłam taki wniosek: gazetka Skarb sprzed roku miała rację, i ta racja jest nadal aktualna – Polacy chcą być zdrowsi. I to nie tylko zdrowsi w sposób: kupuję organicznie, a w kuchni stosuję makrobiotykę. Polacy szczególnie chcą być fit, a sklepy na to pragnienie odpowiadają – kombinezony do biegania i legginsy na siłownię wędrują na przecenę. I to bardzo dobrze, bo napędzają jeszcze trend ku zdrowiu.

Brawo, sklepy! Brawo, Polacy!

W końcu jak lepiej zmienić społeczeństwo, jak nie zaczynając od siebie? A w zdrowym ciele, zdrowy duch. Dotlenione mózgi działają sprawniej, to wie każdy. Może więc ten utrzymujący się już od dosyć dawna trend będzie miał niespodziewane efekty?

Pęd ku lepszej jakości życia może mieć wystarczającą siłę, by przywrócić równowagę w naszym kraju.

Bo czasem człowiek coś robi, robi, a potem nagle jest szczęśliwy i zupełnie nie wie czemu, a to dlatego że się nad tym nie zastanawiał i po prostu robił swoje.

Bo robienie swojego to najpewniejszy sposób, żeby poczuć się szczęśliwym. Choćby przez krótki moment.

Advertisements

Dej Off

Uff. Cztery dni pod rząd to sporo jak na sam początek felietonowania.

Jako że dziś wyprawiam urodziny, to od rana mam głowę zajętą odkładaniem na miejsce losowo rozrzuconych po mieszkaniu przedmiotów i decydowaniem, w jakim układzie rozłożyć przekąski na stole.

Dlatego głowa nie ma już siły napędowej na myślenie felietonistyczne i zarządza dzień przerwy. Wróci w Sylwestra.

Miłego 30 grudnia.

Rok w rok przepych… i dieta

Od pierwszych dni grudnia nakręcamy się na wigilijną i bożonarodzeniową ucztę. Przepisy i zestawy ćwiczeń idą ramię w ramię na czele najbardziej rozgrzebywanych tematów w prasie.

Tak, Święta w 21. wieku zdecydowanie nabrały wymiaru gastronomicznego.

Nawiasem mówiąc, niecodziennym widokiem byłby magazyn, w którym tematem numeru byłoby “5 najpiękniejszych lampionów adwentowych”.

Ludzie spędzają cały Adwent przygotowując się psychicznie na kilkudniowe obżarstwo. Bo przecież już od samego początku wytyka się konieczność zaserwowania dwunastu potraw wigilijnych: bo kiedy jak kiedy, ale w Święta na stole ma być przepych.

W celu zaspokojenia żądz fizycznych, które zdają się być nie do opanowania przez człowieka w dzisiejszych czasach, rodzinni kucharze pitraszą ciężkostrawne potrawy, a następnie pakują nimi pękate półmiski po brzegi. Wśród składników odżywczych królują tłuszcze nasycone i cukry proste, nadal będące synonimem przyjemności cielesnej.

Pal licho, że przepych na stole można zorganizować inaczej: obrusem, świecami, serwetkowym origami. Szyszkami oprószonymi brokatem i gałązkami świerkowymi. Przecież oko, jako część ciała, ma takie same prawa co żołądek i też zasługuje na trochę pieszczoty.

A zatem: stół wigilijny ugina się od przysmaków. Problemem nie jest jednak ich wartość odżywcza, a ilość. Prawda, że w świętowaniu zawsze musi być obecny pewien element “yolo”. Trzeba jednak wiedzieć, kiedy gra nie jest warta świeczki.

Jeśli wiemy, że trzy(+) dni świątecznego podjadania (w celu “wykończenia” zapasów, zanim staną się niestrawne z powodu pleśni/sczerstwienia/innych rodzajów murszenia) skończą się pilną potrzebą rozpoczęcia morderczego reżimu ćwiczeń i ograniczenia posiłków do ziołowej herbaty i bulionu z włoszczyzny, może warto przemyśleć sprawę Świąt. Chociaż raz.

Spędzić je inaczej. Skoncentrować świąteczność w jak najmniejszej dawce. Kto woli wąchać igły choinki niż żuć plaster piernika z czekoladą? Może ty, jako pierwszy?

Bo jak oczekiwać innych efektów niż zwykle, co roku gotując o wiele za dużo?

Marność vs Wyższa Forma Życia

Święta sprzyjają jedzeniu, a jedzenie sprzyja myśleniu. Jak to jeden mój wykładowca lubi ujmować: food is good for thinking with.

Wiemy jednak, że nadmierne myślenie nie jest dobre. Człowiek zbyt zagłębiony w filozoficzne rozważania sięga do ich ciemnego dna, z którego muł nigdy nie powinien być odgarniany. Mam na myśli sens życia.

Nauki ścisłe nie są nam w stanie powiedzieć, po co powstało życie na ziemi. Każdy z nas musi pogodzić się z jego odgórnym bezsensem i samemu sobie wymyślić misję, którą chce realizować na przestrzeni swoich kilkudziesięciu lat spędzonych na Ziemi.

Dla jednej grupy ludzi życie to nieustanne zmaganie się z przeciwnościami losu. Kryterium oceny minionego dnia staje się to, czy wykonaliśmy w tym czasie coś pożytecznego. Przydatne w ocenie są wówczas listy obowiązków: im więcej zadań odhaczonych z listy, tym lepiej możemy ocenić nasz dzień. A leżąc już w łóżku, poklepać się po ramieniu i powiedzieć sobie: “kolejny chujowy dzień. Jestem z siebie taki dumny, że przez niego przebrnąłem”.

Druga grupa ludzi patrzy na pierwszą krytycznie. Ci drudzy uważają, że w życiu chodzi o coś więcej niż umartwianie się, i większość dni (jeśli nie każdy) powinien sprawiać nam radość. Człowiek powinien czerpać satysfakcję z wykonywania swoich obowiązków, a poza tym robić czynności, które są czysto przyjemne. Takie połączenie hedonizmu z utylitaryzmem dyskwalifikuje postawę opierającą się na dążeniu do tego, by robić byle co, byle mieć za co żyć i być zdolnym wypełniać swoje powinności.

Ci, którzy chcą mieć z życia więcej satysfakcji, też podlegają krytyce ze strony pierwszej grupy: “czy oni nie chcą od życia zbyt wiele?”. Widzimy zatem, że niezależnie od tego, którą postawę wybierzemy, zawsze ktoś nas skrytykuje. Zawsze będziemy robić coś “źle”.

Tu wkrada się pytanie: czy jest coś takiego jak zły i dobry wybór? Moim zdaniem nie.

Trzeci dzień

Jest 27 grudnia.

Mieliśmy już Wigilię, pierwszy dzień Świąt, drugi dzień Świąt. Trzeciego dnia Świąt teoretycznie nie ma, ale resztki po świątecznej uczcie nadal królują w lodówkach większości naszych rodaków.

27 grudnia to zatem Czwarty Dzień Obżarstwa.

No chyba, że ktoś zdecydował się świętować Boże Narodzenie w niekonwencjonalny sposób, to znaczy: nie przygotowując okopów tradycyjnego jedzenia, jakby szykował się na wojnę nuklearną. Albo nie świętował w ogóle, bo chrześcijańskie tradycje nie są ani trochę bliskie jego sercu.

W moim domu trzeci dzień Świąt wygląda tak: rano jest cisza. Ojciec wychodzi do pracy, matka do sklepu, a brat nie czuje się w obowiązku wstawać z łóżka przed 13. Mam więc sporo czasu dla siebie.

Przychodzi moment na powtórne przyjrzenie się bożonarodzeniowym prezentom, analiza stanu zapasów ciasta, oraz przegląd planów towarzyskich na resztę miesiąca. A gdy dokonam już tego wszystkiego, w wolnej chwili wkrada się do znudzonego umysłu myśl: po co było to wszystko?

Spośród członków rodziny tylko jedna osoba regularnie chodzi do kościoła, i to bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby duchowej. Wigilia jest bardziej okazją do stresów i wątów, niż do zacieśniania rodzinnych więzi. Zatem wszystkie atrakcje Bożego Narodzenia tracą swój sens.

Dzielenie się opłatkiem, sianko pod obrusem, śpiewanie kolęd w kościele – odhaczone. Ale czy miało to znaczenie dla naszych skażonych ateizmem serc?

Siedzenie przy stole i smakowanie specjałów – czy ma to znaczenie, jeśli żadne z nas nie lubi się objadać, a człowiek, który je najwięcej jest pozbawiony zmysłu smaku?

Wszystkie te rozważania skłoniły mnie do podjęcia nieodwołalnej decyzji – za rok nie świętuję Bożego Narodzenia. W tym roku było nietradycyjnie, a i tak nie było dobrze. Zatem problem musi leżeć w Wigilii.

Jak to mówią: nie można wciąż robić tego samego, i oczekiwać innych rezultatów.

Rzecz o urodzinach

Urodziny.

Razem czy osobno?

Urodziny to celebracja własnej persony. Raz w roku zwraca się uwagę na to, jak zajebiście, że przyszedłem na świat i jestem tutaj wśród was, ludzie. Zachwycajcie się mną.

Zorganizuję imprezę i oczekuję, że na nią przyjdziecie, zaśpiewacie mi piosenkę i przyniesiecie prezenty.

Inne podejście do urodzin to takie, że człowiek zaszywa się sam w swoim własnym świecie i dogłębnie kontempluje swoje istnienie. Jest to dzień na refleksje nad całym dotychczasowym życiem, może nawet ewaluacją swoich obecnych wartości i priorytetów.

Nasuwa się teraz pytanie: czy urodziny to czas dla samego siebie, czy dla świętowania z innymi?

Ja dziś spędziłam je i tak, i tak. Wstałam, o której chciałam. Zjadłam jogurt z makiem, choć reszta na śniadanie jadła jajka. Rozlałam wodę po całum stole, więc uciekłam i zamknęłam się w pokoju z książką i czekoladą.

W końcu przyszedł czas na “innych”. Wyszłam z pokoju i rzuciłam pytanie, kto idzie ze mną do parku. Jakbym już miała postanowione, że nawet jeśli nikt do mnie nie dołączy, to i tak sama pójdę. Ale wszyscy obecni w domu poszli ze mną.

Choć padało, wiedziałam że to mój dzień i żaden deszcz nie zepsuje mi nastroju. W końcu w domu czekały na mnie pyszna potrawka warzywna i tort czekoladowy.

A teraz zajmuję się tym blogiem i tym felietonem. To jest czas dla mnie, bo na tych felietonach właśnie mi zależy i robię je tylko dla siebie.

Czas dla innych przyjdzie potem. Jest 26 grudnia i wszystkie sklepy i instytucje są zamknięte. Nie ma innego wyjścia, jak siedzieć w domu i relaksować się przy herbacie w skromnym towarzystwie.