Najsmutniejsza przypowieść o moim kocie

Mój kot nazywa się Sharky i ma 12 lat.

Najbardziej smutno robi mi się, kiedy mój kot staje pod drzwiami wejściowymi do naszego mieszkania i miauczy. Przez “staje”, mam na myśli naprawdę staje, bo opiera swoje futrzaste ciał(k)o o drzwi i balansuje (nadal przychodzi mu to z trudem) na tylnich kończynach, przednimi pedałując, jakby miało to jakkolwiek pomóc w otwarciu drzwi. Mały kot ma swój rozum; zdecydowanie przyspiesza to reakcję ze strony człowieka, zarówno pozytywną jak i negatywną.

Przez pozytywną reakcję mam na myśli oczywiście otwarcie drzwi; przez negatywną, pozostawienie drewnianej przeszkody zatrzaśniętą przed czworonożnym wędrowcem.

Człowiek zostaje pospieszony uporczywym odgłosem uderzania tępymi pazurami o lakier na drzwiach. Kot przestaje na chwilę drapać, po chwili znowu zaczyna, choć człowiek już myśli, że zwierzak dał sobie spokój.

Co smuci mnie w tej całej sytuacji? To, że nie zawsze otwieram kotu drzwi, mimo że bardzo, bardzo bym chciała. Chciałabym go wypuścić już na zawsze, żeby był wolnym kotem, zostawić drzwi otwarte przez cały czas, żeby mógł wbiegać i wybiegać z mieszkania, kiedy zechce. Koty też mają swoje marzenia. Kot jest w głębi futerka dziki i też marzy o odkrywaniu dzikich lądów, spotykaniu kotów z innych okolic i wdychaniu zapachów egzotycznych ryb z dalekich krajów.

Mimo wszystko, pomimo moich wielkich chęci dania mu wolności, za bardzo boję się o mojego kota. Tyle jest opowieści o kotach, fikcyjnych oraz tych prawdziwych. Te prawdziwe mają do siebie to, że jeśli kot domowy został w nich wypuszczony na wolność, to zwykle skończyło się to dla niego niefortunnie.

I ja naiwnie i mimowolnie zawierzam takim historiom, nie dając kotu szansy na zasmakowanie więcej, niż skrawka korytarza dwa razy dziennie i ewentualnie zejścia z nim przed klatkę raz w tygodniu.

To mnie smuci. Że nie daję mu wolności.

Advertisements

Wskrzeszenie przy przykrej okazji

Mówią: kiedy życie daje ci cytryny, zrób lemoniadę.

Mówią: kuj żelazo póki gorące.

Jest też jedno powiedzenie, w tym momencie nie jestem w stanie sobie przypomnieć jakie, w którym chodzi mniej więcej o to, żeby wykorzystywać negatywne sytuacje i przeistaczać je w coś dobrego. I do tej właśnie mądrości chciałabym się zastosować dzisiaj,

Rano wpadł we mnie samochód, dlatego po całym dniu uganiania się za sprawami, które tak naprawdę w porównaniu ze zdrowiem nie mają jakiegokolwiek znaczenia w końcu jestem w domu. Uziemiona, z ręką bolącą, zawiniętą w bandaż elastyczny, mimo wszystko klepiącą w tę głupią klawiaturę. Po to, żeby wskrzesić ten internetowy notatnik, żeby dać upust moim publicystycznym zapędom.

Mam takie powiedzenie: when everything else fails, write. Może i Frida Kahlo miała takie samo, tylko en español y sobre pintar, no escribir (o malowaniu, nie o pisaniu)*. I sytuacja, w jakiej się znalazłam, jest dosyć adekwatna – (1) męczący dzień, (2) ręka prawie w gipsie, i (3) bycie w kropce co do tego, z którą uczelnią związać swoją przyszłość (na najbliższe 3 lata).

Dlatego ten feralny piątek (mimo, iż jest 7, czyli prawie tygodnia nam brakuje do 13) jest Piątkiem Przełomowym. PP. One day or day one to kolejne z mądrych haseł, które znalazłam na Pintereście. A zatem dzisiaj jest ów day one.

 

Póki co ręka zbyt boli, aby się rozpisywać, ale zostawię was z takim pytaniem (niczym Pico Iyer, nie daje odpowiedzi, tylko stawia zapytania):

Co ostatnio ci nie wychodzi?
Czy ostatnio coś spierdoliłeś?
Czy możesz to spierdolenie przekuć w coś pozytywnego,
czy stwarza ci to jakąś okazję do zrobienia czegoś dobrego – dla siebie albo dla “dobra wspólnego”?

Jeśli odpowiedzieliście sobie na te pytania, to super. Napiszcie w komentarzach.

Jeśli nie, też spoko. Napiszcie w komentarzach. Na pewno coś da się wymyślić.

W myśl zasady, że w naturze równowaga zawsze jest zachowana, każde zło da się zbalansować jakimś pożytkiem.

 

*Z góry wybaczcie mi przemieszanie trzech różnych języków nowożytnych. Skrzywienie, z którym mogłabym walczyć, ale nie mam ochoty, a chyba nikomu nie przeszkadza.

Dlaczego nie patrzę wstecz

IMG_2733

Uznałam, że posta nikomu się nie będzie chciało czytać. Obrazki są natomiast bardziej przystępne.

Może kiedyś coś napiszę na ten temat. Póki co patrzę w przyszłość, czyli na okienko w kalendarzu podpisane “8 maja – egzamin AH1B”. Niektórzy mówią, żeby nie patrzeć w przyszłość, bo wtedy człowiek się denerwuje i nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Pewne sytuacje można jednak uznać za odstępstwa od reguły.

(Zainteresowanych odsyłam do cytatu nr 85 z tej strony).

Tama na myśli

Na początek przytoczę ulubiony cytat, jaki kiedykolwiek słyszałam na wykładzie:

Oczywiście, że to się dzieje w Twojej głowie, Harry.
Ale czy to znaczy, że nie dzieje się naprawdę?

W tym momencie skłamałam, bo cytat tak naprawdę został powiedziany w języku angielskim, a poza tym jego tłumaczenie na polski w wykonaniu Andrzeja Polkowskiego (cytat pochodzi z Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci) brzmi trochę inaczej.

Ale wiecie, o co mi chodzi. Do sedna!

A gdyby tak człowiek wyobraził sobie, że jest jak rzeka? Rzeka, która potrafi być i dobra, tworząca plaże poprzez nanoszenie sedymentu, ale także destrukcyjna, pogłębiająca meandry i erodująca nabrzeża i kamienie na dnie.

Rzeka, która potrafi swoją energią zasilać elektrownie wodne i młyny, przyczyniając się tym do tworzenia dobra: bo można zmielić zboże na mąkę i zrobić z niego chleb. Można też wytworzyć elektryczność i zasilić żarówki w szkołach, dzięki czemu dzieci mogą czytać i stawać się wykształconymi ludźmi.

W przypadku człowieka, o ile śmiertelne ciało staje się korytem rzecznym, to jego myśli stanowią wodę, która przez nie płynie. Jak wie każdy, myśli potrafią płynąć z przytłaczającą prędkością. Przelewają się wtedy przez głowę, jakby miały porwać z brzegu setki ludzi, i zdaje się, jakby żadna tama nie była w stanie ich powstrzymać.

A gdyby spróbować wybudować taką tamę? Czy wtedy energia umysłu zostałaby wykorzystana (prawie) wyłącznie w dobrych celach? Nie pozwolilibyśmy wtedy niszczyć sobie życia swoim myślom.

Co jest potrzebne do zbudowania myślnej tamy?

Prawdopodobnie ważne są materiały konstrukcyjne. Dobre i solidne materiały to dobra i solidna dieta, dobre i solidne oparcie w innych ludziach, dobra i solidna psychika, która nie pozwoli zwariować w zwariowanych sytuacjach. (Bo o to w życiu chodzi, żeby napotykać zwariowane sytuacje, bo inaczej byłoby nudne; a priorytetem życia, jak to można wywnioskować metodą eliminacji, jest to, żeby się nie nudzić).

A co z jej kształtem? Czy kształt może być dowolny?

Co to w ogóle za pytanie?
Właśnie poradziłam losowej osobie wybudować sobie tamę na swoje myśli.
Czy nie jest to dość absurdalny pomysł?
Tama myśli, to już wariactwo!

Za dużo dobra, więc olać to

Wtorek, 11 kwietnia. Rano rysuję plan dnia:

Do zrobienia:

  • Odebrać wydruki z copy haven
  • Odwiedzić Babcię
  • Pójść do Sanepidu
  • Pójść na Targi Pracy
  • Wyrobić kartę ISIC
  • Pójść na jogę, albo chociaż pobiegać do parku
  • Odwiedzić stare gimnazjum
  • Kupić cienkopis

Ciekawe wydarzenia w okolicy (z czego wszystkie zaczynają się i kończą o tej samej porze):

  • Spotkanie mieszkańców z Radą Okręgu Bydgoskie Przedmieście
  • Pokaz filmu o Marii Skłodowskiej-Curie
  • Wykład o historii polskiego wzornictwa
  • Wieczór podróżnika w Hanza Cafe

***

Wieczór. Podsumowanie dnia:

Sprawy załatwione:

  • Odebrałam wydruki
  • Odwiedziłam Babcię.

Przy okazji, strasznie pizgało, kiedy jechałam na rowerze i do drukarni, i do Babci.

Wydarzenie, na które ostatecznie zdecydowałam się pójść:

  • Żadne.

Bo oczywiście z czworga dobrego najlepiej wybrać nic. Nie marnujesz energii, a i tak będziesz żałował, że nie poszedłeś na 3-4-5 pozostałych wydarzeń, które działy się dokładnie w tym samym czasie.

#FOMO, #FOMO, #FOMO.

***

Jak sprawić, aby Bałagan Dnia* – taki jak ten – już się nie powtórzył?

Zawsze się nad tym zastanawiam, i coraz częściej dochodzę do wniosku, że kluczowym elementem panowania nad swoim dniem jest priorytetyzowanie. (To chyba nie jest słowo, bo podkreśliło mi je na czerwono, ale na potrzeby tego tekstu – właśnie powstało).

A jeśli priorytetyzowanie nie działa, to zawsze działa olewanie, jeśli wiecie, jak to dobrze zrobić. Bo jest olewanie dobre i olewanie złe.

Olewanie złe jest wtedy, kiedy człowiek się z tym źle czuje. Olewanie dobre jest wtedy, kiedy wyzwala człowieka od trosk i pozwala mu skupić się na swoim własnym samopoczuciu.

Olewanie dobre jest wtedy, kiedy myśli przebiegające przez głowę brzmią mniej więcej tak:

“Jebać to, taka okazja na pewno jeszcze się powtórzy, a jak nie, to trudno. Teraz przynajmniej mam święty spokój i mogę poczytać książkę we własnym łóżku i zjeść kanapkę, i wypić herbatę, też we własnym łóżku. Mógłbym się pomartwić tym, że nie jestem wystarczający produktywny, ale naprawdę mam na to wyjebane, a jak ktoś ma do mnie pretensje, to jego problem. Najwyżej skończę pod mostem jako bezdomny. Ale przynajmniej zjem kanapkę.”

 

*Bałagan Dnia jest wtedy, kiedy myślisz sobie – hm, to będzie udany, zorganizowany dzień, w końcu mam tyle rzeczy do załatwienia i na pewno nie będę mieć czasu na zastanawianie się, co zrobić następne

koterravita