Marność vs Wyższa Forma Życia

Święta sprzyjają jedzeniu, a jedzenie sprzyja myśleniu. Jak to jeden mój wykładowca lubi ujmować: food is good for thinking with.

Wiemy jednak, że nadmierne myślenie nie jest dobre. Człowiek zbyt zagłębiony w filozoficzne rozważania sięga do ich ciemnego dna, z którego muł nigdy nie powinien być odgarniany. Mam na myśli sens życia.

Nauki ścisłe nie są nam w stanie powiedzieć, po co powstało życie na ziemi. Każdy z nas musi pogodzić się z jego odgórnym bezsensem i samemu sobie wymyślić misję, którą chce realizować na przestrzeni swoich kilkudziesięciu lat spędzonych na Ziemi.

Dla jednej grupy ludzi życie to nieustanne zmaganie się z przeciwnościami losu. Kryterium oceny minionego dnia staje się to, czy wykonaliśmy w tym czasie coś pożytecznego. Przydatne w ocenie są wówczas listy obowiązków: im więcej zadań odhaczonych z listy, tym lepiej możemy ocenić nasz dzień. A leżąc już w łóżku, poklepać się po ramieniu i powiedzieć sobie: “kolejny chujowy dzień. Jestem z siebie taki dumny, że przez niego przebrnąłem”.

Druga grupa ludzi patrzy na pierwszą krytycznie. Ci drudzy uważają, że w życiu chodzi o coś więcej niż umartwianie się, i większość dni (jeśli nie każdy) powinien sprawiać nam radość. Człowiek powinien czerpać satysfakcję z wykonywania swoich obowiązków, a poza tym robić czynności, które są czysto przyjemne. Takie połączenie hedonizmu z utylitaryzmem dyskwalifikuje postawę opierającą się na dążeniu do tego, by robić byle co, byle mieć za co żyć i być zdolnym wypełniać swoje powinności.

Ci, którzy chcą mieć z życia więcej satysfakcji, też podlegają krytyce ze strony pierwszej grupy: “czy oni nie chcą od życia zbyt wiele?”. Widzimy zatem, że niezależnie od tego, którą postawę wybierzemy, zawsze ktoś nas skrytykuje. Zawsze będziemy robić coś “źle”.

Tu wkrada się pytanie: czy jest coś takiego jak zły i dobry wybór? Moim zdaniem nie.

Advertisements

Trzeci dzień

Jest 27 grudnia.

Mieliśmy już Wigilię, pierwszy dzień Świąt, drugi dzień Świąt. Trzeciego dnia Świąt teoretycznie nie ma, ale resztki po świątecznej uczcie nadal królują w lodówkach większości naszych rodaków.

27 grudnia to zatem Czwarty Dzień Obżarstwa.

No chyba, że ktoś zdecydował się świętować Boże Narodzenie w niekonwencjonalny sposób, to znaczy: nie przygotowując okopów tradycyjnego jedzenia, jakby szykował się na wojnę nuklearną. Albo nie świętował w ogóle, bo chrześcijańskie tradycje nie są ani trochę bliskie jego sercu.

W moim domu trzeci dzień Świąt wygląda tak: rano jest cisza. Ojciec wychodzi do pracy, matka do sklepu, a brat nie czuje się w obowiązku wstawać z łóżka przed 13. Mam więc sporo czasu dla siebie.

Przychodzi moment na powtórne przyjrzenie się bożonarodzeniowym prezentom, analiza stanu zapasów ciasta, oraz przegląd planów towarzyskich na resztę miesiąca. A gdy dokonam już tego wszystkiego, w wolnej chwili wkrada się do znudzonego umysłu myśl: po co było to wszystko?

Spośród członków rodziny tylko jedna osoba regularnie chodzi do kościoła, i to bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby duchowej. Wigilia jest bardziej okazją do stresów i wątów, niż do zacieśniania rodzinnych więzi. Zatem wszystkie atrakcje Bożego Narodzenia tracą swój sens.

Dzielenie się opłatkiem, sianko pod obrusem, śpiewanie kolęd w kościele – odhaczone. Ale czy miało to znaczenie dla naszych skażonych ateizmem serc?

Siedzenie przy stole i smakowanie specjałów – czy ma to znaczenie, jeśli żadne z nas nie lubi się objadać, a człowiek, który je najwięcej jest pozbawiony zmysłu smaku?

Wszystkie te rozważania skłoniły mnie do podjęcia nieodwołalnej decyzji – za rok nie świętuję Bożego Narodzenia. W tym roku było nietradycyjnie, a i tak nie było dobrze. Zatem problem musi leżeć w Wigilii.

Jak to mówią: nie można wciąż robić tego samego, i oczekiwać innych rezultatów.

Rzecz o urodzinach

Urodziny.

Razem czy osobno?

Urodziny to celebracja własnej persony. Raz w roku zwraca się uwagę na to, jak zajebiście, że przyszedłem na świat i jestem tutaj wśród was, ludzie. Zachwycajcie się mną.

Zorganizuję imprezę i oczekuję, że na nią przyjdziecie, zaśpiewacie mi piosenkę i przyniesiecie prezenty.

Inne podejście do urodzin to takie, że człowiek zaszywa się sam w swoim własnym świecie i dogłębnie kontempluje swoje istnienie. Jest to dzień na refleksje nad całym dotychczasowym życiem, może nawet ewaluacją swoich obecnych wartości i priorytetów.

Nasuwa się teraz pytanie: czy urodziny to czas dla samego siebie, czy dla świętowania z innymi?

Ja dziś spędziłam je i tak, i tak. Wstałam, o której chciałam. Zjadłam jogurt z makiem, choć reszta na śniadanie jadła jajka. Rozlałam wodę po całum stole, więc uciekłam i zamknęłam się w pokoju z książką i czekoladą.

W końcu przyszedł czas na “innych”. Wyszłam z pokoju i rzuciłam pytanie, kto idzie ze mną do parku. Jakbym już miała postanowione, że nawet jeśli nikt do mnie nie dołączy, to i tak sama pójdę. Ale wszyscy obecni w domu poszli ze mną.

Choć padało, wiedziałam że to mój dzień i żaden deszcz nie zepsuje mi nastroju. W końcu w domu czekały na mnie pyszna potrawka warzywna i tort czekoladowy.

A teraz zajmuję się tym blogiem i tym felietonem. To jest czas dla mnie, bo na tych felietonach właśnie mi zależy i robię je tylko dla siebie.

Czas dla innych przyjdzie potem. Jest 26 grudnia i wszystkie sklepy i instytucje są zamknięte. Nie ma innego wyjścia, jak siedzieć w domu i relaksować się przy herbacie w skromnym towarzystwie.

A fika a day keeps depression away